Moje 5 miesięcy w Chinach. Na żywo. A w dalszej części: To co się stało, dzieje się albo dopiero się wydarzy podczas mojego pobytu na projekcie wolontariackim w Quetzaltenengo w Gwatemali.
Zakładki:
Program Wolontariat polska pomoc
Stowarzyszenie "Jeden Świat"
Pisz swój dziennik w Internecie
RSS
niedziela, 01 stycznia 2012
Parki

 

Niewiele jest rzeczy w Chinach, które chciałbym przeszczepić do Polski. Jeśli chodzi o organizację i styl życia chyba jednak zawsze wybrałbym nasz model. Jest jednak jedno zjawisko, którego Chińczykom zazdroszczę. Nazywam je kulturą parkową.

Chińskie miasta są pełne parków, skwerków, placyków, na których kwitnie życie towarzyskie. Nie są to tak jak w Polsce miejsca, w których pojedynczy ludzie lub małe grupki przychodzą odpocząć, usiąść na chwilę, przespacerować się. Nie, w Chinach takie miejsca publiczne to wspaniała przestrzeń socjalizacji i miejsce nawiązywania kontaktów.

W pekińskim czy szanghajskim parku nie sposób się nudzić. Na trawie jakaś grupa ćwiczy tai-chi. Przy klombie panie trenują taniec w wachlarzami. W głównej alejce starszy pan uczy tradycyjnego tańca. Na podeście 30-osobowa grupa doszlifowuje swój układ choreograficzny. Ci ludzie spotykają się tu kilka razy w tygodniu, czasami codziennie, i oddają się swojej małej pasji. Jest lider, każdy może się przyłączyć. Potrzebna muzyka? Ktoś przyniesie odtwarzacz, nie ma problemu. Na tych wszystkich placykach ludzie robią coś wspólnie i zachęcają innych do zabawy. Istotnym elementem jest także aspekt międzypokoleniowy. To starsi uczą młodych, którzy chłoną w ten sposób historię i zwyczaje.

Największa różnica między naszymi kulturami jest taka, że tu się nikt nie wstydzi robić, to co lubi, publicznie. Ktoś na ławeczce wyciągnie skrzypce i zacznie grać. Zaraz przyłączy się do niego flecista. Dwieście metrów dalej chłopcy ćwiczą sztuki walki, kung fu, kick-boxing… Przy głównej bramie jakaś pani śmieje w niebogłosy sama do siebie. Nie zwariowała, ćwiczy jogę śmiechem. I tak można by wymieniać i wymieniać.

Piękne jest także to, że wśród trenujących jest wiele osób w bardzo podeszłym wieku, które się nie poddają. Podobną sytuację można zaobserwować na placach do ćwiczeń fizycznych. Chińskie miasta usiane są małymi siłowniami na świeżym powietrzu. Wyglądają jak kolorowe place zabaw, lecz zamiast karuzel i piaskownic są tam proste metalowe urządzenia do wyciągania się, rowerki, stepery, itp. Wieczorami są pełne seniorów, którzy walczą tam o sprawność ciała. Może warto podpowiedzieć polskiemu rządowi pomysł na nowy program, jak już wybuduje te wszystkie orliki.

10:12, miloszhodun
Link Komentarze (1) »
sobota, 31 grudnia 2011
15 godzin

Wiem, że o pociągach już było, ale ta ostatnia podróż w tym roku zasługuje na mały komentarz.

Dlaczego? Nigdy wcześniej nie jechałem na „twardym siedzeniu”. To jedna z kategorii miejscówki (obok leżanek, kuszetki, miękkiego siedzenia i miejsca stojącego), którą można nabyć w chińskich pociągach. Do tej pory zawsze z nieprzymuszonej woli wybierałem leżanki, raz z przymuszonej woli kuszetkę. Czemu tym razem było inaczej? Otóż okazuje się, że Chińczycy stadnie świętują nowy rok! Grrr, jakby im mało było tego, że mają swój chiński nowy rok, zwany też festiwalem wiosenny, już za kilka tygodni. O bilety na weekendowe połączenia trudniej było niż o łyk czystego powietrza w Pekinie. Były jakieś pojedyncze wolne łóżka w kuszetkach, ale to wychodzi strasznie drogo (więcej niż samolot). Aż tu, kiedy już załamywałem ręce, że będę musiał wydać tyle gotówki na zbyteczne luksusy, pani w informacji powiedziała mi, że znalazła jedno ostatnie siedzenie i że mam się spieszyć do kasy, żeby ktoś inny mi go nie wykupił.

Tak stałem się dumnym posiadaczem miejsca 23 w wagonie 4 składu T110 z Szanghaju do Pekinu. Odjazd 18.14, przyjazd 9.25 dnia następnego. Ponad 15 godzin. Zaznaczę, że najszybsze pojazdy pokonują tę trasę w mniej niż 5.

Wszedłem do mojego wagonu i na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało lepiej niż sobie wyobrażałem. Twarde siedzenia nie było zrobione z plastiku jak w niektórych przewozach regionalnych PKP. Było to normalne kolejowe fotele. Normalne chińskie, czyli jakby przywąskie. Dosłownie nie mieściłem się w fotelu. Moje plecy okazały się za szerokie, zostałem więc połączony na 2/3 doby z współtowarzyszem. I tak uważałem się za szczęściarza, bo dostałem miejsce przy oknie, a mogłem po środku, czyli byłbym wciśnięty między 2 Chińczyków.

Towarzystwo w wagonie było inne niż w przedziałach, którymi jeździłem do tej pory. Przeważały twarze zmęczone, styrane życiem, nieładne. Nie byłem w stanie dostrzec ani jednej ładnej osoby. Dodatkowo na ponad setkę osób wypatrzyłem raptem pięć kobiet.

Ale wracając do mojego sąsiada. Gdybym chciał go opisać krótko, użyłbym słowa „pożeracz”. Jadł bez przerwy. O 19 kupił kolację od pani wózkowej, o 20 zjadł kanapki, o 21 drożdżówki, potem kurze łapki a o 1 nad ranem zalał ogromną makaronową zupkę. Gdy tylko się przebudził kupił śniadanie. Nie żeby był jakimś wyjątkiem. Wszyscy jedli na potęgę. Pochłaniali te swoje gorące kubły i buły. Mój towarzysz wyróżniał się jednak w głośności. Jego mlaski, siorbanie, bekanie i chrząkanie doprowadzały mnie do białej gorączki. W duchu modliłem się, żeby tylko pani wózkowa nie wróciła z nowymi przekąskami.

Nie były to jedyne hałasy, które uniemożliwiały mi zaśnięcie. Głównym źródłem dziwnych dźwięków byli gracze w karty i ich obserwatorzy. Wokół dwóch stolików zaraz przy moim fotelu usadowili się miłośnicy hazardu. Rżnęli w karty na pieniądze do 2 nad ranem. Jak zwykle w takich sytuacjach w Chinach wokół nich zebrała się spora grupa gapiów, która głośno komentowała ich kolejne ruchy. Kiedy skończyli, zrobiło się ciszej.

Mogłem spróbować zasnąć. W tym momencie najważniejsze było ułożenie się w za małym siedzeniu. Co więcej, musiałem skoordynować moje nogi z nogami chłopaka siedzącego naprzeciwko, bo fotele ustawione były w systemie „2-stoliczek-2”. Lekko nie było. Kiedy już przysypiałem, jakiś młody chłopak wstał i włączył muzykę ze swojej komórki tak, że  popłynęła przez cały wagon. Nie przejmował się nikim ani niczym. Nikt mu także nie przeszkodził.

Na szczęście przedziałowy o aparycji buldoga po wietrznej ospie przeszkodził panom palącym w wagonie. Natomiast pani wózkowa przeszkodziła panom, którzy spali sobie smacznie na gazetach na podłodze.

Z rana zaczęło się sprzątanie wagonu. A było z czego. Wszystkie resztki jedzenia lądowały w przejściu. Pestki, ogryzki, opakowania, kości kurczaka. Wszystko walało się między fotelami. Obrzydliwe. Przedziałowy zrezygnowany, zdecydował, że łatwiej będzie zwinąć dywanik długości wagonu niż go miotłom czyścić.

Kiedy skończył, dojechaliśmy do Pekinu. Mogłem się w końcu zdrzemnąć w swoim łóżku.

czwartek, 29 grudnia 2011
Hong Kongi

 

Co widzicie, gdy pomyślicie Hong Kong? Drapacze chmur finansowego centrum i nieprzebrany tłum ludzi spieszących do pracy? To obrazek, który najczęściej się powtarza na relacjach z tego miasta. Jednak to tylko część prawdy. Całość jest bardziej złożona. Bo nie ma jednego Hong Kongu. Ja naliczyłem co najmniej 4.

Pierwszy to ten, o którym pisałem w poście bożonarodzeniowym. Wyspa Lamma, jedna z wielu wysp u wybrzeży miasta. Dostać się na nią można tylko promem. A tam: cisza, złote piaski, błękitne morze, małe stragany z pamiątkami i rodzinnej knajpki. Idealne miejsce na weekendowy wypad z rodziną.

Zaledwie pół godziny łodzią od tej sielskiej scenerii znajduje się wyspa Hong Kong. To ta część weszła w brytyjskie posiadanie najwcześniej i to ją właśnie przeciętny Europejczyk utożsamia z całością. Bo wyspa to właśnie jedno z centrów finansowych Azji. Na małym skrawku wyrwanym Morzu Południowochińskiemu poutykane są wysokościowce ozdobione logami banków i innych instytucji kapitałowych. Wydaje się, że  nie ma tam w ogóle ulic. Są centra handlowe. Jedno przy drugim. Idę o zakład, że wyspę można przejść ze wschodu na zachód przemieszczając się wyłącznie pod dachem i zaliczając przy okazji z tuzin sklepów Apple’a. Ludzi jest tam tyle, że na niektórych ulicach wieczorami ograniczany jest ruch pieszych. Najwyraźniej widać to w Lan Kwai Fong, zagłębiu barów i klubów, gdzie zabawa do białego rana toczy się zarówno w lokalach jak i na ulicy. Czyste imprezowe szaleństwo w azjatyckim stylu. Najlepszy widok na cały Hong Kong jest ze Szczytu Victorii, na który można wjechać drewnianym tramwajem działającym jak kolejka linowa. Taras widokowy na szczycie wybudowano oczywiście na dachu centrum handlowego. Panorama zapiera dech w piersiach. I w dzień, i w nocy.

Hong Kong trzeci znajduje się po drugiej stronie cieśniny oddzielającej wyspę od stałego lądu. To półwysep Kowloon. Ta część przypadła Koronie trochę później i ma zupełnie odmienny charakter. Jest zdecydowanie bardziej chińska, choć zamieszkana przez emigrantów z różnych zakątków dawnego Imperium. Stąd turystę może zaskoczyć, że spacerując główną arterią dzielnicy ni stąd ni zowąd znajdzie się wśród tradycyjnie ubranych muzułmanów. To znak, że zapuścił się w okolice meczetu. Zasadniczo ulice jak żywo przypominają te z Pekinu. Budynki to głównie bloki i kamienice połączone neonami z chińskimi znakami. A pod neonami handel. Można kupić wszystko czego dusza zapragnie. O tyle jednak, o ile na wyspie można stać się właścicielem Chanel, Armaniego czy Versace, to na półwyspie królują Channele, Arnamie i Bersace. Cuda wianka za kilka dolarów. Przy tym czyściej niż w Chinach i bez walki na łokcie.

Z wyspy do Kowloonu pływają legendarne promy Star Ferry. Firma zaczęła działalność w 1888, kiedy to drewniane łodzie przewoziły maksymalnie 12 pasażerów na raz, a w roku 1966 podwyżka za przewóz o 5 centów doprowadziła do wybuchu niezadowolenia społecznego, którego skutkiem była reforma kolonii. Dziś kurs z Portu Victorii kosztuje równowartość 80gr, co jest śmieszną ceną za wrażenie estetyczne, które przejażdżka dostarcza turyście. Z pokładu można podziwiać imponujące zabudowania po obu stronach cieśniny, od portów, przez symbole nowoczesnej architektury miasta jak budynek opery czy najwyższy w mieście hotel, po zielone wzgórza stanowiące tło dla całości.

Ostatni Hong Kong to Nowe Terytoria. Sypialnia metropolii położona wokół gór i tropikalnych lasów. Teraz uwaga! Dzięki Nowym Terytoriom 70% powierzchni Hong Kongu to właśnie egzotyczna gęstwina a nie gęstwina betonowo-szklana. 

Dalej jest już tylko granica.

15:59, miloszhodun
Link Komentarze (2) »
środa, 28 grudnia 2011
Zawód oraz przekąski

Czy może podróżnika spotkać większy zawód niż długa podróż do miejsca będącego jednym z największych atrakcji turystycznych odległego kraju i nic nie zobaczyć?...

Spędziłem dziś łącznie 7,5 godziny w autobusach różnej prędkości i wielkości, by zobaczyć Smocze Tarasy, ogromne ryżowe pola wspinające się na wysokość 1000m. To dzieło natury i ludzkie. Zmyślni Chińczycy wykorzystali dogodne warunki geofizyczne i zagospodarowali zbocza gór na potrzeby rolnictwa. Podobno widok ze szczytów robi piorunujące wrażenie- tarasy wypełnione wodą lśnią w słońcu ukazując kolejne poziomy ryżowej kaskady. Podobno. Mnie nie dane było tego zobaczyć. Jedyne, co pojawiło się przed moimi oczami to gęsta jak budyń mgła.

Na pocieszenie pozostała mi tradycyjna kamienna wioska zamieszkała przez jedną z mniejszości etnicznych.

W drodze powrotnej mgła nie ustępowała i widzieliśmy szereg zmasakrowanych samochodów, w tym wóz strażacki w rowie. Naszemu kierowcy to nie przeszkadzało i mknął jak strzała, wyprzedzając na trzeciego, kiedy widoczność spadała do niewiele ponad koniec nosa. Na szczęście zawiózł nas szczęśliwie do Guilinu, gdzie znalazłem pokój w jednym z najlepszych schronisk młodzieżowych, jakie w życiu widziałem (Wada).

A jak Guilin to guilińskie kluski (czyt. głejlińskie). To danie regionalne serwowane jest w całym regionie wszędzie, dosłownie na każdym rogu! Na śniadanie, na obiad, na kolację i między posiłkami można wciągnąć porcję tego przysmaku. Ich sława jest ogólnonarodowa i w każdym mieście łatwo je znaleźć. A danie to jest niezbyt skomplikowane i wyszukane. W każdym przybytku je oferującym na podorędziu czeka micha ryżowego makaronu, którą dla klienta odświeża się gorącą wodą. Następnie dodaje łyżkę wywaru, prażone orzeszki, szczyptę kolendry i- w uznania- wołowinę. Sam klient decyduje, który z dodatków dorzuci. A do wyboru są- chili, kiszona fasolka, szczypiorek… Do całości dolewa się wrzątku i miesza.

Na szczycie góry zjadłem także ryż z bambusa. Surowy ryż wymieszany z pokrojonymi drobno warzywami wpycha się do środka dużego bambusa. Następnie wkłada się całość do żaru. Danie raczej nijakie. Ryż bardzo al dente.

W tym samym lokalu mogłem spróbować wędzonego szczura. Nie skusiłem się.

Wczoraj widziałem także obrane ze skóry psy powieszone na hakach sklepu mięsnego. Widok zatrważający.

wtorek, 27 grudnia 2011
Chińska cisza

 

Marzyliście kiedyś o tym, żeby w autobusach były łóżka. Ja tak. Nieraz sobie myślałem, jak to by było fajnie, gdyby się fotele rozkładały do poziomu. No i że dodatkowy rząd można by umieścić wyżej na wzór piętrowego łóżka. No i co? Chińczycy już to zrobili. Poprzedniej nocy, ku własnemu zaskoczeniu, jechałem autobusem sypialnym. 39 miejsc leżących, po 3 rzędy dwupoziomowych leżanek na szerokości pojazdu. A na końcu 5-osobowe łoże, tyle że pojedyncze miejscówki oddzielone metalowymi prętami, więc nawet przy mniejszej liczbie pasażerów nie da się zająć większej powierzchni. Wiem, bo właśnie mnie przypadł ostatni rząd.

Autobus ów zawiózł mnie do Yangshuo, miasta-marzenia położonego pośród wapiennych gór. Wierzchołki gór dosłownie wyrastają jeden przy drugim z pól i rzek. Widać je całe, od podstaw do czubki. Wyglądają, jakby ktoś bawił się na plaży spiczastą foremką a następnie jego dzieło podtopiła fala. Okolice Yangshuo są mekką turystów, którzy rowerami i łodziami podziwiają jedne z najbardziej charakterystycznych (i utrwalonych na banknocie 20-juanowym) widoków.

Zapragnąłem zobaczyć te cuda w trochę większym skupieniu, z dala od turystycznej stonki. Wsiadłem w miejscowego minibusa i pojechałem do oddalonej 20 min. od miasta wsi Fuli. I to była najlepsza decyzja w ciągu całego pobytu w Chinach. Zobaczyłem fragment prawdziwego kraju. Wieś stara, z czarnymi sypiącymi się dachówkami, z dziwacznie po skosie układanymi cegłami. Z psami i kotami. Z babciami wysiadującymi w oknach, z matkami piorącymi w rzece i córkami bawiącymi się szmacianymi lalkami. Wszędzie dookoła suszyły się kiełbasy, boczki i całe kurczaki. Z otwartych garaży docierał szelest ciętych listewek a w oknach można było dojrzeć dziewczęta malujące na płótnie. Fuli to centrum wyrobu wachlarzy.

Wszystkie oczy były we mnie wlepione. Co druga osoba mówiła radosne „hello”. Wszystkie dzieci do mnie machały.

Dodatkowe atrakcje czekały na mnie nad samą rzeką Li. Krajobraz sielski. Wapienne szczyty stanowiły tło dla bujnej zielonej roślinności oraz pól, na których pasły się bawoły. Po rzece pływały lokalne łodzie, przypominające wielkie deski do prasowania z motorami.

Teraz jestem w innej wiosce, kwadrans spacerkiem od miasta. Spacerkiem z latarką przez las. Ale warto. Tu po raz pierwszy odkryłem, że Chiny mogą być ciche.

niedziela, 25 grudnia 2011
Najbardziej świąteczne momenty AD2011

 

Czwartek, 23.12.2011

Zorganizowano nam imprezę wigilijną. Sam pomysł wydawał mi się dziwny. Boże narodzenie to nie jest najbardziej chińskie za świąt. Nie ma tu dni wolnych z okazji gwiazdki, niewielu Chińczyków ją obchodzi. Miasto jest bardzo ubogo ustrojone w mikołaje i renifery. Co więcej, zdecydowana większość obcokrajowców na naszej uczelni to muzułmanie! Przybyszów z krajów chrześcijańskich, czyli tych, dla których Boże Narodzenie może mieć jakiś sens, czy to religijny czy też jedynie kulturowy jest garstka. A większość- prawosławna, czyli obchodząca święta w styczniu.

Opłatek zorganizowano wspólnie dla studentów z obydwu kampusów CUPL. Na nasze (nie)szęście wybrano miejscówkę w dzielnicy, gdzie mieści ta druga część uczelni. Nas, z kampusu centralnego, wsadzono w autobusy i wywieziono. Dokąd? Bynajmniej nie do restauracji. Przyjęcie zorganizowano w klubie Momo Baby! Wejście ustrojone wielkimi zdjęciami butelek wódki. Zza drzwi dobiegają dyskotekowe hity. W środku skórzane kanapy, wielkie żyrandole, złote zdobienia. Melanż. Jedyny świąteczny akcent to wielkie styropianowe śnieżynki zwisające z sufitu. Bar uginał się od jedzenia (to w końcu Chiny). Było wszystko, od tradycyjnych czarnych zgniłych jajek, przez sushi po słodkawą pizzę bez sosu pomidorowego i kubełki z KFC. Nie do przejedzenia. Na stołach piwa i wina ile dusza zapragnie.

Do programu artystycznego zaproszono studentów i nauczycieli. Były wspólnie śpiewane piosenki, konkurs na dekorowanie ludzkiej choinki czy koreański pokaz tańca. Największe wrażenie zrobiła Kazaszka tańcząca prawie nago wyuzdany taniec brzucha. Ot, świąteczna atmosfera… Po części obowiązkowej były trzy kwadranse na pląsy. DJ z Uzbekistanu miksował techno hity ze świątecznymi przebojami Marriah Carrey i Whamu. Najdziwniejsze przyjęcie świąteczne na jakim byłem. Cóż, jaki kraj takie święta.

Niedziela, 25.12.2011

To były moje prawdziwe święta. Wróciliśmy do mieszkania naszego couchsurfingowego gospodarza Jamiego o 13.30 prosto z plaży. Mieszkanie ma małe, ale jak na standardy Hong Kongu całkiem przyzwoite, 3 pokoje. Mieszka sam. Położone jest na bocznej, nieznanej nawet Google-mapom, uliczce wyspy Lamma, położonej jakieś pół godziny promem od centrum miasta. Wyspa jest urocza. Przypomina grecką osadę, pełną kramów z lokalnymi wyrobami i tawernami, w których można spróbować świeżych owoców morza. Małe domki usiane są na wzgórzach, z których dostrzec można pozostałe wyspy Hong Kongu. Ale nie o geografii miała być tu mowa.

Około 14 zasiedliśmy do świątecznego obiadu. Na przystawkę podano sushi. Świeże, pyszne, prosto z restauracji. Wszystkie rybne kąski zniknęły w kilkanaście minut. Następnie nasz gospodarz podał atrakcję dnia, pieczoną szynkę. 2 kilogramy różowego mięsa wysmarowanego przyprawami. Do tego pieczone ziemniaczki, kalafior zapiekany z serem, brukselka, puree ziemniaczane, żurawina i sos jabłkowy. Na dokładkę cały pieczony kurczak. I wiele butelek wina.

Po posiłku przyszedł czas na „sekretnego gwiazdora”. Każdy przygotował jedną paczuszkę małym upominkiem. Następnie każdy z obecnych wylosował prezent dla siebie. Mnie przypadło jakieś dziwne kadzidło. J

Później, a jakże!, deser! Budyń z płonącym karmelem oraz brytyjski pudding owocowy oraz- mój wkład- torcik wedlowski i śliwki w czekoladzie.

Ten obiad to był mój prawdziwy świąteczny moment w tym roku. Tym razem nie z rodziną. Nawet nie z przyjaciółmi. Z jedną znajomą Niemką oraz nieznajomym Anglikiem oraz 6 Chińczykami z Hong Kongu. Było fantastycznie.

Wiele można powiedzieć o wydziale współpracy z zagranicą mojego chińskiego uniwersytetu. Wiele, ale nie to, że jest dobry i zajmuje się godnie obcokrajowcami studiującymi w jego progach. Wygląda jednak na to, że CUPL (pod tym zgrabnym akronimem ukrywa się Chiński Uniwersytet Nauk Politycznych i Prawa) postanowił się wziąć za swój marny PR. Wszystko, tak mi się przynajmniej wydaje, zmieniło się wraz z zatrudnieniem w biurze rezolutnej Diany z Władywostoku.

sobota, 24 grudnia 2011
Wigilia w Vegas Wschodu

Jest wigilia Świąt Bożego Narodzenia. Godzina 19.27. Pierwsza gwiazdka już dawno pojawiła się na niebie. Nie był karpia, nie było kapusty z grzybami, nie było kutii. Jedynymi akcentem polskich świąt w tym roku jest Malanowa czekolada Wawela, którą właśnie zajadam na promie na Morzu Południowochińskim. Cały dzień spędziłem w Makao, które teraz opuszczam.

Mówią (władze ChRL mówią), że Makao to już Chiny, że oficjalna nazwa, której trzeba używać to „Makao, Chiny”, ale coś tu jest nie tak… No bo jak to może być jeden kraj, skoro na granicy stałem z półtorej godziny (najpierw 60 min. żeby z ChRL wyjechać, potem kolejne 30 żeby się do Makao dostać), skoro mają tu swoją walutę, petacę, przyklejoną nie do juana lecz do hongkongskiego dolara, skoro oficjalnym językiem jest tu wciąż portugalski, skoro mój facebook chodzi tu bez cenzury, itp. Tak mógłbym wymieniać bez końca. Makao ma status specjalnego regionu autonomicznego (SAR) i cieszy się ogromną autonomią. W zasadzie tylko obronność i dyplomacja pozostają w gestii Pekinu, za resztę odpowiada miejscowy premier. Tak będzie przez 50 lat obowiązywania specjalnej umowy między rządami chińskim i portugalskim, która zaważyła na losach półmilionowej kolonii.

Makao szczyci się przeciekawą przeszłością. Obecność Portugalczyków, którzy stworzyli tu jeden z najważniejszych portów towarowych Azji, widoczna jest na każdym kroku. Urocze uliczki przypominają swoje wzory z Płw. Iberyjskiego, kolorowe okiennice zdobią pastelowe fasady. Można natknąć się liczne kościoły. Ruiny kościoła św. Pawła to dziś turystyczna wizytówka miasta. W restauracjach można spróbować portugalskich dań z bacalao na czele. W ogóle kuchnia Makao jest bogata, bo jest zlepkiem smaków europejskich, azjatyckich i afrykańskich. Ta spuścizna jest podana w chińskim sosie. W zakamarkach starówki dosłownie mrowią się przybysze z Chin. To co mogłoby być urokliwym zakątkiem czy romantycznym, w Makao jest koszmarem łokciowej walki z tłumem chińskich turystów.

Jednak nie dla starówki przyjeżdża do Makao większość odwiedzających. Głównym celem wizyty w tym zakątku Azji są kasyna. Makao to Vegas Wschodu. Ogromne, kiczowate, oblane złotą farbą gmaszyska przyciągają hazardzistów przede wszystkim z Hong Kongu i reszty Chin (Chińczycy zostawiają tu 95% przychodów kasyn). Można tu stracić/zarobić pieniądze na wszystkie znane sposoby. Wstęp wolny dla każdego. Dosłownie każdego, bo połączone z centrami handlowymi przybytki są miejscem weekendowych pielgrzymek całych rodzin. Niektóre przyciągają dodatkowymi atrakcjami niewątpliwie inspirowanymi amerykańskim imperium hazardu. Moim ulubionym jest zdecydowanie kasyno Wenecja, którego bryła odwzorowuje budowle z placu św. Marka. Ba, nawet w środku, pod sztucznym niebem, można poczuć się nad Canale Grande i przepłynąć gondolą. Kicz najwyższych lotów.

A świąteczna atmosfera? Bardziej wyczuwalna niż w Pekinie. Wszystkie kasyna i sklepy są przystrojone olbrzymimi choinkami. Gdzieniegdzie powywieszano bazgrołowate „Happy Christmas”. Fontannę w centralnym punkcie miasta, placu Senatorskim, udekorowano dmuchanymi bałwanami a na scenie młodzież wykonywała kolędy i pieśni religijne połączone z układem choreograficznym przypinającym makarenę.

Ktoś bardzo zdeterminowany mógłby znaleźć tu cząstkę bożonarodzeniowej atmosfery. Mnie przez cały dzień ogarniało uczucie niespełnienia i zdziwienia. Bo jak to tak można chodzić po sklepach i popijać piwo w barach zamiast doglądać, czy się cebulka na pierogi zeszkliła…

piątek, 23 grudnia 2011
W oczekiwaniu na pogrzeb...

W połowie XIX w. grupa Holenderskich kolonistów, uciekając przed brytyjskimi rządami w Kapsztadzie, udała się w dziewiczą podróż na północ. Przez wysokie góry, sawanny i bezdroża południowej Afryki. W poszukiwaniu większej niezależności i dobrobytu. Nazwali się voortrekkerami, czyli pionierami. Część z nich założyła wieś Pretoria, która została później mianowana stolicą. I jest nią do dziś.

Voortrekkers Monument, czyli Monument Pionierów, jest jednym z najważniejszych budynków Pretorii. Jego masywna bryła króluje nad miastem. Podczas jego otwarcia w (o ile pamięć mnie nie myli) 1947 przybyło na pobliskie błonia ćwierć miliona Afrynakerów. Monument jest do dziś symbolem dla białej społeczności RPA. To w nim odbyły się obchody Dnia Pojednania, święta obchodzonego 16 grudnia. Dzień to dziwny bo ustanowiony w rocznicę Blood River Battle (bitwy o krwawą rzekę), kiedy to podobno grupa niespełna 500 Afrykanerów wyrżnęła 12.000 Zulusów. Piękny podkład pod pojednanie. Dziś dzień ten świętuje się oficjalnie jako wspólne święto wszystkich obywateli, ale faktem jest, że raczej dzień dumy i jedności Afrykanerów.

Pretoria to miasto zupełnie wyjątkowe w RPA. Dwumilionowa metropolia, położona zaledwie 50km od 4-milionowego Johannesburga, jest stolicą, różni się od niego diametralnie. Jest spokojna. Człowieka nie ma tu poczucia totalnego chaosu i czuje się względnie bezpiecznie. Wydawało mi się, że znalazłem się w innym kraju. Może brak tu rozrywek największych aglomeracji, ale jest czystość, szerokie aleje, miejsca na spacery i multum barów i restauracji.

Pretoria, mimo że stolica, została ostatnio nawet pozbawiona parlamentu. Ten obraduje teraz w Kapsztadzie (podobno dlatego, że jest to jedyne duże miasto i prowincja rządzona nie przez Afrykański Kongres Narodowy, ale przez Sojusz Demokratyczny, i rząd chce mieć serce opozycji pod czujniejszą kontrolą). Symbolem stołeczności są monumentalne Budynki Unii. Widać je z większości miejsc w Pretorii. To kolosalny klasycyzujący zespół pałacowy, w którym dziś urzęduje prezydent Jacob Zuma. Na marginesie dodam, że z moich obserwacji nie jest on najbardziej szanowanym politykiem. Choć trzeba przyznać, że rolę ma niełatwą. Jego poprzednik, Tamo Mbeki, był szanowanym ekonomistą. A tan, który przed nim zamieszkał w the Union Buildings to sam Nelson Mandel, ojciec narodu.

Niestety, wydaje się, że wszyscy są przygotowanie do odejścia Mandeli. I nie mówię tu o przygotowaniu duchowym. Wygląda na to, że RPA ma zaplanowany szczegółowy scenariusz tego, co nastąpi, kiedy pogromca apartheidu odejdzie z ziemskiego padołu. Mówi się, że nastąpi to niebawem. 93-letni przywódca powrócił w swoje rodzinne strony (porzucając willę w Pretorii) a to w zuluskiej tradycji oznacza, że czuje, że jego dni są policzone. Podobno rząd ma już zaplanowany w szczegółach pogrzeb. Gotowy jest także nagrobek. Telewizje zapłaciły już za najlepsze miejsca na dachach budynków, by jak najlepiej sfilmować całą ceremonię. Mieszkańcy RPA mówią, że to będzie wydarzenie roku. Brzmi to co najmniej dziwnie…

17:03, miloszhodun
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 grudnia 2011
Dzicz kontrolowana

Zachciało nam się safari. Tak, tak, wiem, nic bardziej turystycznego, bardziej komercyjnego w Afryce niż to. Ale z moją niechęcią do zoo, safari to najlepsza forma by zobaczyć zwierzęta. I co tu dużo ukrywać, safari jest fajne J

Mieliśmy plan. Wybraliśmy rezerwat leżący poza głównym szlakiem turystycznym RPA. Polecany jako miejsce spokojne i naturalne, pozbawione lunaparkowej otoczki. Naszym planem było spędzić noc na terenie rezerwatu, w jednej z chat oferowanych przyjezdnym. Niestety, przybyliśmy o kilka minut za późno. Bramy parku zamykane były (ze względu na bezpieczeństwo) o 19.30. Po tej godzinie nie ma szans na wjazd do środka. Było już ciemno. Telefonicznie jedna z pracownic rezerwatu poleciła nam okoliczne kwatery do wyjęcia. Udaliśmy się tam niezwłocznie. Dzwoniliśmy do bramy. Nic. Trąbiliśmy. Bez odzewu. Zadzwoniliśmy pod wskazany numer. Głos z drugiej strony powiedział nam, że o tej godzinie goście nie są już przyjmowani, ze względu na bezpieczeństwo.

Tu zaczęła się nasza walka z czasem. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć pokój jak najszybciej, bo Południowa Afryka to nie miejsce, gdzie chce się przebywać w samochodzie po zmroku. Obdzwanialiśmy kolejne hostele. Wszędzie pełno. Dowiedzieliśmy się, że są pojedyncze wolne łóżka w miejscowości oddalonej o 45min. Jadąc w tamtą stronę zauważyłem tablicę informującą o chatach do wynajęcia 6km w głąb pola. Zaryzykowaliśmy. Na miejscu okazało się, że te kwatery także są wewnątrz parku i są już niedostępne. Straciliśmy sygnał GSM. Na szczęście przy bramie wjazdowej pracował stróż, który wpuścił na teren rezerwatu 2, i ani jednej więcej, osoby, żeby mogły z punktu przy jego domu złapać sygnał i zadzwonić do jego szefa. Szef znalazł nam hotel w miasteczku…

Dojechaliśmy tam w ciągu 15 minut. Zostaliśmy przyjęci najserdeczniej, jak tylko się da. Ewidentnie byliśmy jedynymi klientami. Powiedziałbym, że pierwszymi od dawna. Recepcjonistka była podekscytowana. Zaproponowała, że przygotuje nam kolację. Mina jej zrzedła, kiedy się dowiedziała, że żadne z nas nie je miejsce. Zaserwowała nam więc po pół kilo frytek i po bułce z masłem. Biorąc po uwagę, jak byliśmy głodni, był to jeden z najlepszych posiłków podczas całej podróży.

Następnego dnia z samego rana safari. Wjechaliśmy podekscytowani na teren rezerwatu. Jedziemy naszym białym jeepem podekscytowani. I co? I nic. Sawanna. Żadnych oznak życia pośród traw. Oczekiwanie zmieniło się w zniecierpliwienie. Aż tu w końcu… Tak… Gdzieś na horyzoncie majaczyły zebry i jakieś bawoły. Podekscytowani zaczęliśmy strzelać zdjęcia największym zoomem. Wciąż niewiele było widać, ale da się jeszcze powiększyć cyfrowo. Z pomocą lornetki liczyliśmy sztuki. Byliśmy prawie zadowoleni, choć wydawało się nam, że będzie to bardziej ekscytujące przeżycie. Potem wypatrzyliśmy guźca. Następnie kolejne grupy zebr. I następne i następne. Zebry zaczęły być na wyciągnięcie ręki. W pewnym momencie zaczęły się nam nudzić i nawet nie wyciągaliśmy aparatów, kiedy przechodziły koło samochodu. Rzuciliśmy się natomiast z fleszami na żyrafy.

Zrobiliśmy duże koło górzystą drogą, by sprawdzić, czy na rzeką są jeszcze słonie. Nie było. Natomiast w drodze powrotnej złapaliśmy gumę. Byliśmy zmuszeni wymienić koło na obszarze chronionym dzikiej zwierzyny, zamieszkanym przez tygrysy i jaguary, gdzie obowiązuje zakaz opuszczania pojazdu. Czy wspomniałem, że kilka chwil przed złapaniem flaka widzieliśmy martwego dużego węża?

Śmiechu było co niemiara. Szczególnie kiedy musieliśmy opróżnić bagażnik, by wyciągnąć koło. Ta chwila kosztowała nas dodatkowe 2000 randów.

środa, 21 grudnia 2011
Bliskie spotkanie

 

Z biednego i nienastawionego na przybyszów z zagranicy  Swazilandu udaliśmy się do miejscowości St Lucia. I trudno wyobrazić sobie inny turystycznie krajobraz. Miasteczko jest położone na granicy parku narodowego iSimangaliso, na Wybrzeżu Słoniowym. Zasadniczo St Lucia jako osada ludzka sprowadza się do jednej ulicy, która jest ciągiem hoteli, hosteli, sklepów, restauracji, barów, kawiarni, straganów z pamiątkami. Wszystko, czego podróżnicza dusza zapragnie. Z dodatkiem aromatu ananasa w powietrzu.

Wjeżdżając do miasteczka przeczytałem w przewodniku, że ze względu na położenie, po zmroku można natknąć się tu na nietypowych przechodniów. Otóż w nocy na spacer okolicznymi uliczkami udają się hipopotamy i krokodyle. Oba gatunki są bardzo niebezpieczne i pod żadnym pozorem nie należy się do nich zbliżać. Kiedy czytałem na głos tę informację, najpierw w samochodzie wybuchł śmiech, że sobie to zmyślam, następnie niedowierzanie związane z faktem, że ten przewodnik już nieraz zawiódł nasze zaufanie podczas podróży.

Dojechaliśmy na miejsce. Zaczęliśmy wypakowywać plecaki i walizki przed hotelem. W tym właśnie momencie zobaczyłem ogromne coś przecinające drogę jednego z samochodów na rondzie kilkadziesiąt metrów od nas. Hipopotam! Ogromy, powolny, majestatyczny. Paradował w kierunku zarośli. Wokół niego gromadziło się coraz więcej aut, które oświetlały go, by zrobić jak najlepsze zdjęcia. Także my podbiegliśmy (zachowując dystans), by zobaczyć zwierza jak najlepiej. Wtedy ktoś krzyknął, że jest i drugi po przeciwnej stronie ulicy. Podniecony tłum ruszył we wskazanym kierunku. Jednak hipek wszedł głębiej w gęstwinę i nie było nic widać. Nie pomógł nawet reflektor z samochodu. Koniec przedstawienia.

W drodze powrotnej zaczepiliśmy lokalną parę, która obserwowała całe zdarzenie zza płota. Powiedzieli nam, że ta cała scena to codzienność St Lucii. Nocni goście zakłócają spokój mieszkańców codziennie. I nie jest niczym nadzwyczajnym, że zirytowane obecnością człowieka, atakują. Zaznaczyli, że dwa osobniki, które właśnie widzieliśmy to samiec i samica, więc o atak agresji było jeszcze łatwiej. Ponadto opowiedzieli nam historię o hipopotamie, który w poprzednim tygodniu zaatakował samochód na drodze wjazdowej. Pojazd przejeżdżał właśnie przez progi spowalniające. Dźwięk zdenerwował zwierza, który wybiegł zza drzew i walnął w jeepa…

Krokodyla nie spotkaliśmy.

Nie licząc jego wizerunków, które zdobią całą osadę. Wszystkie punkty gastronomiczne i sklepy są upstrzone malunkami wesołych hipciów i krokodylków, co trochę obniża wartość wszystkich kampanii informujących o niebezpieczeństwie związanym z bliskim spotkaniem z tymi gatunkami.

Ponadto w St Lucii można oglądać wieloryby, ale było już po sezonie.

Zatem tym razem nasz przewodnik się nie mylił! Na szczęście pomylił się w jednej istotnej sprawie, występowania malarii. Ostrzegał nas, że cały region, w którym podróżujemy jest strefą zagrożenia malarią i okrasił to bardzo plastycznymi opisami prze3biegu choroby. Dwaj studenci medycyny, którzy z nami podróżowali zażyli w odpowiednim czasie (odpowiednio wcześniej przed podróżą) leki antymalaryczne. Pozostali z nas nie zdążyli tego zrobi. W naszych głowach powstała mała schiza malaryczna. Panikowaliśmy co wieczór, kiedy to komary przenoszące chorobę stają się aktywne. Codziennie około godziny 17 zatrzymywaliśmy samochód i przebieraliśmy się w długie rękawy i spodnie. Wcieraliśmy w siebie litry środka odstraszającego. I każdego dnia czekała na nas ta sama niespodzianka. Po dotarciu do miejsca noclegu odkrywaliśmy, że turyście siedzą na tarasach w podkoszulkach, palą światła w pokojach przy otwartych oknach. O malarii nikt nie słyszał…

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15